pldaenfrdeuk


 wtorek 12 listopada 2019r.   imieniny: Jonasz, Krystyn, Witolda

Reklama

A A A
Image
LAYLA PEAK
W Pakistanie spędziłem bardzo barwny i pełen przygody miesiąc. To długi okres czasu, więc siłą rzeczy ta relacja jest ogromnym skrótem tej wyprawy. Gdy samolot zbliżał się do lądowania, nad Islamabadem wisiała gęsta warstwa chmur. W tym okresie panuje tam monsun, który na nasze szczęście nie dociera  w wysokie pasma Karakorum.

fotorelacja

To tam, gdzieś pośród tysięcy szczytów czekał ten jeden, ten który sobie wymarzyliśmy – piękny, ponad sześciotysięczny Layla Peak. Jesteśmy pierwszą polską wyprawą, która podejmuje próbą zdobycia wierzchołka.

Z lotniska do hotelu jechaliśmy około pół godziny, ale to wystarczyło bym nabrał całkowitego przekonania, o tym, że w tym kraju nie obowiązują żadne przepisy ruchu drogowego. I tu pojawił się mój pierwszy niepokój, bo przecież przed nami kilkudniowa podróż przez Pakistan.   

Hotel nazywał się Paradise. Ależ zaszaleli z tą nazwą. Lekko cuchnący pokoik, po ścianach biegające jaszczurki, w łazience kolonie robali.. po prostu raj. Cóż, byliśmy wyprawą niskobudżetową i trzeba było się przyzwyczaić. Byle dotrzeć w góry.

Następnego ranka rozpoczęła się pięciodniowa podróż, która miała zakończyć się w górnej części lodowca Gondoghoro, przy którym wznosi się „nasza” Layla.

{jgxtimg src:=[images/stories/fotogaleria/pakistan/50.jpg]  title:=[Pierwszy od lewej to słynne K2, obok Broad Peak i Gasherbrum. Trzy ośmiotysięczne giganty.] width:=[450]}
Pierwszy od lewej to słynne K2, obok Broad Peak i Gasherbrum.
Trzy ośmiotysięczne giganty.

Pierwsze dwie doby to pokonanie Karakorum Highway, zwanej też „ósmym cudem świata”. Jest to jedyna droga przez góry łącząca Pakistan z Chinami. Wąska, ciągle rujnowana przez kamienne obrywy, poprowadzona nad skalnymi urwiskami, przez wysoko położone przełęcze, innymi słowy w miejscu, gdzie nikt rozsądny drogi nie buduje. Przedsięwzięcie trwało około dwudziestu lat i szacuje się, że na każdy kilometr budowanej drogi ginął jeden skazaniec, to głównie oni byli zmuszeni do tej nieludzkiej pracy. Mijaliśmy tam dziesiątki ogromnych ciężarówek szmuglujących alkohol  z Chin do objętego całkowitą prohibicją Pakistanu.  Przejechanie tej „autostrady” dosyć mocno nadwyrężyło mój układ nerwowy. Wręcz nabrałem głębokiego przekonania, że jeśli nie zginęliśmy teraz, to z pewnością zginiemy w drodze powrotnej. Jak się dowiedzieliśmy po powrocie do Islamabadu, podczas naszego pobytu w górach na Karakorum Highway zginęło spadając w przepaście kolejnych jedenaście osób.

Piątego dnia szczęśliwie dotarliśmy do celu. Przy pięknej pogodzie, na morenie lodowca Gondoghoro rozbiliśmy namioty naszej bazy. Znajdowaliśmy się na wysokości 4500 m. Tuż obok, w promieniach powoli zachodzącego już słońca witała nas Layla Peak. Cóż to był za widok! Otaczał mnie bezmiar dziewiczych, strzelających w niebo szczytów. Poprzedzielanych lśniącymi lodowcami, których białe języki spływały w doliny, by gdzieś niżej stać się wartkimi potokami, później rzekami. Wśród tego ogromu piękna nasza perła – Layla Peak. Uświadomiłem sobie wówczas, że bez względu na to, czy stanę na tym pięknym, ale przecież i bardzo trudnym do zdobycia szczycie, to trud jaki poniosłem by tu dotrzeć właśnie się opłacił.

Po kilku dniach okresu aklimatyzacji udało nam się wspiąć na wysokość 5400 m do małego wypłaszczenia, gdzie stanął namiot naszego obozu pierwszego. Z tego miejsca planowaliśmy „wbić się” w ostatnie osiemset metrów ściany wyprowadzającej na wierzchołek. Kolejne dwie noce spędziłem w „jedynce”, by organizm  mógł adoptować się do malejącej wraz z pokonywaną wysokością ilości tlenu w powietrzu. Gdy schodziłem do bazy pogoda wyraźnie przestawała być naszym sprzymierzeńcem. I stało się. Nastąpiło kilkudniowe załamanie pogody. Był to trudny czas, całe dnie spędzaliśmy w mesie skazani na zabijającą nas bezczynność. Rytm dnia odmierzały tylko posiłki i wymieniane między sobą przeczytane książki.

W końcu zmienił się wiatr i odsuną daleko w doliny zalegające nad nami chmury. Powróciło słońce, powróciły też dobre nastroje i wola podjęcia walki.

Nad ranem rozpocząłem z Grzegorzem wspinaczkę w stronę „jedynki”, gdzie samotnie czekał nasz mały namiot. Po wielu godzinach trudnej i wyczerpującej wspinaczki dotarliśmy na miejsce, było tuż przed zmrokiem. Czuliśmy się mocno odwodnieni, więc resztkami sił wzięliśmy się za topienie śniegu, by móc zrobić coś do picia. Gonił nas czas, bo tej nocy planowaliśmy ruszyć w stronę szczytu.

{jgxtimg src:=[images/stories/fotogaleria/pakistan/32.jpg]  title:=[Ja i Grzegorz zmęczeni w obozie pierwszym] width:=[450]}
Ja i Grzegorz zmęczeni w obozie pierwszym

Gdy o trzeciej wyjrzałem z namiotu, przywitało mnie cudownie rozgwieżdżone niebo. Pogoda „trzymała”. Godzinę później raki i czekany charakterystycznie chrupały wbijając się w zmrożony śnieg. Uwielbiam ten dźwięk.  Poruszaliśmy się w świetle czołówek, ale coraz wyraźniej za granią budził się dzień. Aż nadszedł moment, gdy mogłem już zupełnie wyraźnie dostrzec wierzchołek. Wydawał się być niemal na wyciągnięcie ręki. To był chwila, w której byłem niemal przekonany, że za kilka godzin stanę jako pierwszy Polak na szczycie Layla Peak. 

Następnych kilka godzin nie przyniosło oczekiwanego wzrostu wysokości. Znajdowaliśmy się około trzystu metrów od szczytu i było to znacznie niżej niż przewidywaliśmy. Wraz ze wzrostem wysokości zmrożony śnieg zamienił się w bardzo niebezpieczny, kruchy lód. Konieczność częstego zakładania punktów asekuracyjnych bardzo spowolniła nasze wspinanie. Pojawiła się też trudna technicznie bariera skalna. Bezpieczne pokonanie jej to kolejny upływający czas. Nie bez znaczenia pozostawał też wpływ wysokości na nasze organizmy. Transport tlenu do mięśni był już bardzo ograniczony, więc coraz wyraźniej odczuwaliśmy zmęczenie. Stało się dla nas jasne, że jeśli będziemy kontynuować wspinaczkę, to nie zdążymy przed nocą zjechać ze ściany i dotrzeć do namiotu. Noc w ścianie na tej wysokości byłaby dużym narażeniem życia. Jest to ogromnie trudny moment dla wspinacza. Na szali stoi, z jednej strony realizacja przepięknego marzenia, z drugiej po prostu własne życie. Założenie liny do zjazdu będzie oznaczało, że moment, o którym marzyłem przez ostatnie kilka miesięcy nie nastąpi. Trzysta metrów dzieliło mnie od chwili, w której jako pierwszy Polak stanę na tym pięknym szczycie. Tak mocno tego pragnąłem…

{jgxtimg src:=[images/stories/fotogaleria/pakistan/37.jpg]  title:=[Nasz obóz bazowy z widokiem na Layla Peak] width:=[450]}
Nasz obóz bazowy z widokiem na Layla Peak

Teraz, z perspektywy czasu jaki upłynął od tamtej chwili dostrzegam, że lata spędzone w górach owocują doświadczeniem. Umiejętnością obiektywnej oceny sytuacji, mimo ogromnego emocjonalnego zaangażowania. I umiejętnością podejmowania bardzo trudnych decyzji. Decyzji o odwrocie.

Pragnę serdecznie podziękować naszemu burmistrzowi, Panu Zygmuntowi Siarkiewiczowi za udzielone mi wsparcie w realizacji wyprawy.

Jarek Skowron

Dodaj komentarz

Wpisy wulgarne, zawierające kłótnie (tzw. trolling), obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane DUŻYMI LITERAMI), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Nie odpowiadamy na anonimowe komentarze. Nie publikujemy komentarzy z błędami ortograficznymi. Prosimy zaloguj się lub zarejestruj. Rejestracja jest jednoznaczna z akceptacją regulaminu.

Kod antyspamowy
Odśwież